Wietnam, Laguna My Hoa – najlepsze miejsce na kajta w Azji
Wszystko tutaj dzieje się za sprawą północnowschodniego monsunu. Najbardziej wieje zimą i wczesną wiosną – od grudnia do kwietnia, chociaż teraz klimat wariuje i sezon może się zacząć w listopadzie a skończyć już w marcu. Gdy wieje z północy, to wieje na serio od 20 do 30 (a często do 40) węzłów. Najlepsze miejsce do kitesurfingu w Azji Południowo-Wschodniej nazywa się Laguna My Hoa.
Foto: Laguna My Hoa
Laguna kolorowa od latawców
Odkrył ją, ponad 10 lat temu, legendarny wietnamski
kitesurfer Phi Hoang. Razem z trzema
braćmi wychował się w stolicy wietnamskich sportów wodnych, wakacyjnym kurorcie
Mui Ne, położonym 140 km na północ od laguny. Phi przeprowadził się tutaj i
założył pierwszą w wiosce szkołę kajta, która działa tu do dziś – Phi Kite
School.
Laguna na stronach poświęconych kitesurfingowi zwykle
nazywana jest Phan Rang. Phan Rang jest nadmorskim
miastem, położonym 20 km na południe od laguny, a wioska w której położona jest
laguna to My Hoa.
Do dziś wioska dorobiła się kilku szkół kitesurfingowych i
jednego Beach Clubu z prawdziwego zdarzenia, nazwanego z włoska Sorrento. Zimą
ciągną tu kitesurferzy z całej Europy i nad laguną gęsto jest wtedy od
kolorowych latawców.
Atrakcyjność szerokiej laguny polega na jej perfekcyjnym
położeniu – jest obszerna, po obu stronach ograniczona skalistymi brzegami oraz
zasłonięta od fal barierą rafy koralowej, zlokalizowanej 700 metrów od
brzegu. Laguna jest płytka. W zależności
od pływów oceanu, od bariery rafy do brzegu, woda może sięgać do kolan lub do
pasa, ale nigdy nie przekracza 1 – 1,5 metra. Daje to idealne warunki do free
style, ale też do nauki latania na kajcie. Dalej, na samej rafie rozbijają się fale,
które w sezonie zimowym sięgają regularnie 2-3 metrów.
Foto: Laguna My Hoa
Laguna ma więc to, czego nie ma Mui Ne – doskonałe fale na surfboard (700 metrów od brzegu) oraz optymalne warunki do freestyle. Miejsce jest na tyle duże, że nawet w środku sezonu nie ma tam takiego tłoku jaki zdarza się przy falach przyboju w Mui Ne. Poza tym, płytka i płaska jak stół laguna, jest dużo lepszym miejscem do nauki niż Mui Ne (z głęboką wodą i falami przyboju). Jednej rzeczy, której zwykle instruktorzy w Phan Rang nie uczą, z powodu płytkiej wody właśnie, jest body dragging.
Foto: Widok na My Hoa
Wiatr w sezonie zimowym jest tu praktycznie gwarantowany. Problemem natomiast może być woda, której w lagunie, przy niskich pływach może nie być wcale. Rzadko się zdarza, żeby laguna była sucha cały dzień, częściej jest tak, że woda pojawia się po południu lub jest rano, w potem znika. Doświadczeni kitesurferzy mogą wtedy „przespacerować się” z kajtem w powietrzu, do granicy rafy gdzie zaczyna się woda (zajmuje to 10 minut), ale lekcje się nie odbywają.
Foto: Laguna My Hoa
W porównaniu z Mui Ne, My Hoa, jest znana też z tego ze
warunki w sezonie potrafią być wymagające,
z porywami wiatru o rozpiętości 15 węzłów. W sezonie zwykle jest 10 -15 dni z wiatrem na
4 metrowe latawce (40 węzłów)
Szkoły i miejsca do spania w My Hoa
W My Hoa jest kilka szkół kitesurfingu – wszystkie położone
są wzdłuż brzegów maksymalnie 15 minut plażowym spacerem jedna od drugiej. Ceny kursów to średnio 50 - 60 USD za godzinę
lekcji.
Stawki za udostępnienia szkoły dla osób z własny sprzętem
mogą się znaczenie różnić, w zależności od szkoły i sezonu – wiec warto pytać
bezpośrednio u źródła. Wszystkie szkoły mają też wypożyczalnie sprzętu. Koszt
wypożyczenia to średnio 45 USD za godzinę i 100 USD za dzień (za komplet).
Jedną z najbardziej popularnych jest szkoła Phi, który
„odkrył” lagunę jako miejsce do kitesurfingu. U Phi zwykle pracuje polski
instruktor z Warszawy, Mirek.
Dużą popularności cieszy się szkoła położona w Sorrento (Sorrento Kite Village) - bo to jest najfajniejsze miejsce do zatrzymania się w wiosce. To jedyny prawdziwy plażowy resort, przestronny, z dwoma basenami, plażowymi leżakami i doskonałą restauracją prowadzoną przez Rachel, australijską Włoszkę i kitesurferkę. Specjalnością miejsca są gigantyczne hamburgery, włoskie lasagnie i aussie meat pie’s .
Foto: Sorrento Beach Club, Laguna My Hoa
Noclegi w Sorrento, są najprzyjemniejsze w całej wiosce, ale
też jedne z droższych (od 70 USD za noc). Więcej o Sorrento tutaj:
www.sorrentobeachclub.com.
Sorrento to także miejsce, gdzie niemal wszyscy przyjezdni
kitesurferzy (niezależnie od tego gdzie się zatrzymali) spotykają się na happy
hour albo na kolacje. Imprezy tutaj, zwłaszcza te sylwestrowe, przeszły już do
lokalnej legendy.
Poza tym działają tutaj inne szkoły, między innymi pięknie
położona, Phan Rang Kitecenter, w której w sezonie, zwykle pracują polscy instruktorzy Wojtek i
Ewa. Wszystkie szkoły położone są na
brzegu laguny i oddalone od siebie do 15 minut spacerem.
Każda ze szkół ma swoje miejsca noclegowe – ceny zależą od
sezonu (zwykle 30-50 USD za pokój). Zimą szybko się wynajmują, wiec lepiej
rezerwować z wyprzedzeniem.
Foto: Laguna My Hoa
Tańsze miejsca noclegowe są w głębi wioski. Popularny wśród
kietesurferów jest zwłaszcza Soang Guest House, który ma też stawki miesięczne (około
300 USD za pokój za miesiąc)
Kiting, karaoke i papryczki chili
Magia My Hoa, polega na tym, że w przeciwieństwie do Mui Ne, nie jest turystycznym kurortem tylko pracującą wietnamską wioską, z polami uprawnymi schodzącymi do samej plaży.
Foto: suszenie papryczek chili, My Hoa
Mieszkańcy uprawiają na nich cebulę i papryczki chili, a ostatnio także aloes. Inną specjalnością wioski jest uprawa lokalnych winogron, z których robi się wino, w smaku bliżej mu jednak do octu winnego.
Wioska ma swój mały lokalny targ, na który przed świtem rybacy przywożą złowione nocą tuńczyki i kalmary, a sprzedawcy oferują świeże ananasy, guawę i mango.
Foto: Targ w My Hoa
Pola ciągle orze się tutaj z pomocą zwierząt pociągowych. Po
plaży wieczorami spacerują stada czerwonych krów. Poza główną, krajową szosą
drogi w wiosce są piaszczyste, biegają
po nich wolno wioskowe owce i kozy.
Na polach stoją na okazałe nagrobki mieszkających tu kiedyś
rolników. To jeden z lokalnych zwyczajów w Wietnamie – najbliższych chowa się w
blisko miejsca, gdzie mieszkali. Na środku pola, lub na wydmach obok plaży.
Foto: nagrobek, My Hoa
Ulubionym sposobem spędzania wolnego czasu w wiosce (jak
zresztą w całym Wietnamie) jest karaoke. Nie potrzeba się do tego ruszać się z
domu. Wzmacniacz i mikrofony ma tu prawie każdy. Wystarczy usiąść wieczorem, z
sąsiadem pod drzewem mango, otworzyć piwo i wziąć mikrofon do ręki. Śpiew
niesie się na całą wioskę. Czasem w okolicy są takie dwie lub trzy konkurencyjne
imprezy.
Foto: plaża przed Sorrento Beach Club, My Hoa
Dla przyjezdnych, którzy nie mają ochoty na lokalne karaoke,
życie nocne w wiosce ogranicza się do happy hour w Sorrento lub imprez, które
od czasu do czasu organizują szkoły, ale jest to raczej miejsce w którym
wcześnie chodzi się spać.
Żółwia plaża i wodospady
Co robi się w My Hoa w dni, w które nie wieje? Możliwości
jest sporo. Moją ulubioną aktywnością jest snorkeling, na rafie.
Rafa, ciągle w dobrym stanie, rozciąga się na całej
szerokości laguny. W tym roku, tak jak w całym akwenie morza Wschodniego (w
Wietnamie nie używa się nazwy Morze PołudniowoChińskie ze względu na spory
terytorialne dotyczące Wysp Spratley), korale wybielały z powodu podwyższonej temperatury
wody. Gdy wiatr cichnie na kilka dni,
przejrzystość wody sięga 10 – 15 metrów. Na rafie żyją typowi mieszkańcy tego regionu - od ustniczków cesarskich do muren. Pojawiają
się też żółwie. Ryby są zwykle niewielkich rozmiarów (jednym z problemów w
Wietnamie jest duże przełowienie).
Foto: Plaża Żółwi, My Hoa
Nocą na horyzoncie laguny widać setki statków z włączonymi
światłami mającymi za zadanie przyciągnąć kalmary na powierzchnię wody. Najlepsze
miejsca do snorkelowania są na południe od zbudowanej przy rafie wieży,
ostrzegającej przed tsunami, oraz wokół czarnej wyspy na południowym końcu
laguny.
W Sorrento można wynająć także deski SUP. Można nimi popłynąć na północ,
za przełamanie laguny na Plażę Żółwi (Turtle Beach). Plaża jest częścią Parku
Narodowego Nui Chua, a jak sugeruje nazwa, w sezonie lęgowym, na plażę wychodzą morskie żółwie, żeby składać tu jaja.
Foto: SUP, Plaża Żółwi, My Hoa
Można też wybrać się na dwudniową wycieczkę (z przewodnikiem) na najwyższy szczyt prowincji
Ninh Tuan, zlokalizowany w Parku Narodowym Nui Chua, Chua Mountanin (1040
m.n.p.m.). O szczegóły warto zapytać pana Nam, instruktora w Sorrento, który
pomaga zorganizować tę wycieczkę.
Inne opcje to np. surfing na oddalonej o 45 minut drogi na
motorku Binh Tien, jednej z najpiękniejszych plaż w okolicy (trzeba jednak uważać
na gryzące pchły piaskowe w lesie okalającym plażę). Fale są tam w sam raz dla poczatkujących
surferów, a sama plaża też warta jest wycieczki. Dwa lata temu powstało tam
pole golfowe, a cały teren wokół plaży jest niestety w szybkim tempie
zabudowywany hotelami i willami.
Bardziej wymagającymi miejscami surfingowym są leżące nieopodal
Binh Tien, Banana Point i Mexican Point.
Miejscowością, do której warto zajrzeć na kawę wracając z
surfingu, jest Vinh Hy, rybacka wioska zbudowana wokół zatoki w kształcie nerki, przyciągająca turystów
licznymi restauracjami z owocami morza.
No i jeszcze są wodospady. Jest ich w okolicy co najmniej
kilka w odległości nie dalszej niż
godzina jazdy motorkiem od laguny. Najładniejsze z nich to Suoi Tien, Ba Ho i Cau Nuoc Ngot.
Foto: wodospad Ba Ho
W końcu warto tez wybrać się na spacer plażową promenadą, do
miasta Phan Rang. Miasto ma ambicje turystyczne, ilka nadbrzeżnych resortów i
sporo hoteli, na każdy budżet, ale ponieważ leży w cieniu popularności Mui Ne, Nha
Trang i riwiery Cam Ranh, zagraniczni turyści
(poza kitesurferami ) właściwie tutaj nie trafiają, a lokalnych turystów też
jest niewielu.
Najlepiej poruszać się po okolicy wynajętym w wiosce
motorkiem (Sorrento ma wypożyczalnię, inne szkoły też).
Comments
Post a Comment